Wywiad z fotografem Jackiem Porembą

Gościem jednej z ostatnich Akademii Mistrzów był Jacek Poremba. Ceniony fotograf, współpracuje z czołowymi tytułami prasowymi i agencjami, a w swoim dorobku ma zdjęcia m.in. artystów, polityków i sportowców. Zapraszamy na wywiad, w którym fotograf opowiedział Róży Augustyniak m.in. o tym czy miał kiedykolwiek własnego mistrza, dlaczego wycofał się z pracy przy projektach modowych, co drażni go we współczesnym świecie, jakim rytuałom jest wierny i jak kształtował się jego styl.

 

Róża Augustyniak: Zaczynałeś od fotografowania muzyków czy mody?

Jacek Poremba: Komercyjną pracę, którą prowadzę do dziś zacząłem sesją dla Joasi Chrzanowskiej. Pokazywała wtedy na targach Inter Fashion pierwszą, autorską kolekcję mody. Zdjęcia funkcjonowały razem z ciuchami na ekspozycji podczas targów. Prawa do produkcji ubrań kupiła szwedzka firma i moje zdjęcia automatycznie przyjęły formę katalogów i metek. W ’91 opublikowała je redakcja ,,PANI”. Po jakiś dwóch latach i iluś publikacjach w prasie, zaczęły się do mnie zgłaszać wytwórnie muzyczne. W tym czasie rynek muzyczny w Polsce zaczynał się rozwijać. W ’92-’93 fotografowałem m.in. Roberta Gawlińskiego i Renatę Przemyk. Pojechałem też na miesiąc do Paryża z zespołem Mancu, który produkował tam płytę.

Czyli zaczynałeś od bezdusznej mody, jak zdarza ci się ją nazywać.

Nie chciałem robić bezdusznych zdjęć mody. Nie chcę też nikogo dotknąć ani urazić, bo w świecie mody mnóstwo jest cudownych ludzi, ale jest to bardzo próżny świat, który w pewnym momencie zaczął mnie uwierać i w którym źle się czułem, ale do tej pory kocham piękną fotografię mody i tęsknię za nią, bo już się nią nie zajmuję.

Podjąłeś decyzję, że kończysz z fotografowaniem mody?

To nie była decyzja. W moim życiu wszystko dzieje się automatycznie albo przez przypadek. Miałem też mnóstwo szczęścia. Urodziłem się trzynastego i trzynastka cały czas mi towarzyszy. Nie obraziłem się z dnia na dzień na modę i nie postanowiłem nagle robić portretów. To była konsekwencja różnych rzeczy, które działy się po drodze. Był czas, kiedy zajmowałem się tym równolegle. W portretach mogę powiedzieć więcej o sobie. To, co jest dla mnie najważniejsze w fotografii to to, że staram się nie rejestrować świata zewnętrznego, tylko wewnętrzny. Rynek mody w pewnym momencie zaczął się tak zmieniać, że to co lubiłem robić, zaczęło się temu światu mniej podobać. Stało się mało komercyjne, zbyt dziwne, niezrozumiałe, a ja w modzie chciałem robić właśnie takie rzeczy. Robiąc coraz więcej muzycznych portretów, oswajałem się z tym, że mogę więcej kreować i to automatycznie przerodziło się w to, czym zajmuję się teraz.

Kompletnie nie przyjmujesz już modowych zleceń?

Zdarzają się wyjątki. Kiedy wprowadzano na rynek nowy model telefonu Huawei i poproszono żebym zrobił nim sesję modelce, przyjąłem to zlecenie, ale teraz robię głównie portrety.

Masz jakieś szczególnie miłe wspomnienia związane z pracą w modzie?

Bardzo ważnym projektantem była dla mnie Joasia Klimas, z którą byłem jakiś czas. Wcześniej spotykałem się z Asią Kędziorek i jedne z pierwszych zdjęć robiłem właśnie dla niej. Podczas sesji do katalogów Joasi Klimas mogłem robić wszystko, co chciałem, bez jakichkolwiek ograniczeń. Niestety, mimo że te zdjęcia dostawały nagrody, kompletnie nie przekładało się to na pozycję firmy czy moją. W końcu Asia musiała nawet zamknąć firmę na jakiś czas. Lubiłem wyżywać się podczas tych sesji i dzięki modzie zacząłem też podróżować po świecie. Był czas, kiedy sporo wyjeżdżałem na sesje w różne piękne miejsca i miło to wspominam.

Czy współpracowałeś później na stałe z jakąś marką albo projektantem?

Fotograf modowy jest po prostu rzemieślnikiem, który dostaje zlecenie od firmy lub gazety. Fajnie jak ma swój charakter i dana firma zatrudnia go ze względu na to, a nie inne kwestie. Zdarza się, że jakiś projektant jest przywiązany do danego fotografa, ale to są z reguły sytuacje tymczasowe. Pracowałem dla różnych gazet. Niektóre zatrudniały mnie, bo np. stylistom dobrze się ze mną współpracowało. W ,,Elle” z kolei dziwili się, że mało mieli moich publikacji. Prawdopodobnie pracował tam redaktor lub stylista, który był przyzwyczajony do innego fotografa i tak to funkcjonuje na całym świecie.

Często mówisz o tym, że na początku kariery byłeś bardzo nieśmiały. Przed kim najbardziej stresowałeś się stanąć z aparatem?

Kiedy w ’95 przeprowadziłem się do Warszawy, redakcja ,,PANI” zleciła mi zdjęcia portretowe Kory. To był duży stres. Przez tydzień chodziłem po ścianach i zastanawiałem się, jak to ugryźć, aż się z tym oswoiłem. Zawsze starałem się tak zwane wielkie ,,gwiazdy” traktować bez żadnej czołobitności. To są normalni ludzie, mniej lub bardziej oczywiście, ale naturalność w kontaktach z nimi jest bardzo ważna. Dzięki temu oni też się otwierają i dużo łatwiej się z nimi współpracuje.

Nazywa się ciebie specjalistą od trudnych zdjęć.

Tak się złożyło, że redakcja ,,Twojego Stylu” dzwoni do mnie za każdym razem, gdy trzeba sfotografować kogoś z wyciętą nerką, kto ma raka, jest chory psychicznie, albo tak brzydki, że nikt nie jest w stanie zrobić mu zdjęcia. Rzadko zdarza się, że zlecają mi sfotografowanie obiektywnie ładnej osoby. Dla mnie nawet brzydkie osoby są piękne zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Uwielbiam takie sesje, one nie stanowią dla mnie trudności. Przy największych wyzwaniach czuję potężną ekscytację. Czasem pojawia się też stres, któremu wiele osób się dziwi – oczywiście mniejszy niż lata temu, ale zdarza się.

Fotografowałeś znakomitych artystów do albumu ,,Droga do mistrzostwa”, towarzyszącemu filmowi pod tym samym tytułem, m.in. Korę, Tomka Stańko, Agnieszkę Holland. Czy nasunęły ci się jakieś przemyślenia podczas pracy przy tym projekcie i czy sam zgodziłbyś się wziąć udział w tego typu przedsięwzięciu jako mistrz?

Takie zaproszenie niewątpliwie byłoby dla mnie miłe. Pewnie zgodziłbym się z próżności, chociaż nie czuję się mistrzem. Od ponad 25 lat jestem na rynku i wciąż nie wierzę, że robię to, co robię, mimo pełnej akceptacji z zewnątrz i ciągłego podkreślania, że moje prace dla wielu ludzi są ważne. Jeśli chodzi o ,,Drogę do mistrzostwa”, była to dla mnie specyficzna praca, ponieważ występowałem na planie filmowym w roli podglądacza, czego bardzo nie lubię. Z reguły fotografując, staram się nie podglądać ludzi, tylko po prostu być z nimi w kontakcie. W tym przypadku miałem chwilę na to, żeby móc zrobić indywidualne portrety na czarnym tle. Z większością tych osób pracowałem już wcześniej i to, co wydaje mi się fajne, to to, że myślę, że żadna z nich nie nazwałaby siebie mistrzem i właśnie dlatego są prawdziwymi mistrzami. Uważam, że im bardziej nie czujesz się mistrzem, tym większym mistrzem jesteś.

Wiele osób czuje potrzebę posiadania mistrza. W tobie była kiedyś taka potrzeba?

Często się nad tym zastanawiam. Nie kończyłem żadnych szkół fotograficznych, nie spotkałem też po drodze mistrza, który zniwelowałby moje cierpienia i skrócił drogę w odkrywaniu i dochodzeniu do różnych rzeczy związanych z fotografią. Myślę, że ktoś, kto może wskazać kierunek na początku drogi jest potrzebny. Ja do większości rzeczy dochodziłem sam. W latach 90-tych poznałem Władka Lemma, który przez wiele lat wkładał mi do głowy różne rzeczy, ale prawdziwego mistrza nie miałem i czasami za takim tęsknię, bo wydaje mi się, że moja droga mogłaby być łatwiejsza. Ale może taka miała być i przez to, że tego mistrza nie było, moje zdjęcia są takie, a nie inne. Uważam jednak, że niewątpliwie bezcenne jest to, gdy ktoś mądry może podzielić się swoim doświadczeniem i nie zamyka się na to, co wie.

Czy chciałbyś współpracować z jakimś ważnym dla ciebie fotografem?

Jestem już na to za stary. Są fotografowie, których uwielbiam i cenię, ale nie chciałbym z nimi pracować. Mam już swoją drogę i nie czuję takiej potrzeby. Myślę, że więcej nauczyłbym się od innych osób, niż od fotografów, bo techniczne rzeczy są teraz na wyciągnięcie ręki, wszystko jest w Internecie. Ważniejsza od techniki jest dla mnie energia.

Miałeś w swojej karierze moment załamania i postanowiłeś pojechać wtedy do Sudanu. Co było powodem tego stanu?

Nic konkretnego się nie wydarzyło. Wiele się działo przez dziesięć lat mojej przygody z fotografią. Zaczynałem od bardzo autorskiej fotografii, głęboko siedzącej we mnie. Później zacząłem dotykać fotografii komercyjnej, która była na styku wnętrza i zewnętrza, za co lubię ją do dziś i pracuję przy takich projektach, ale w pewnym momencie nastąpiło zapętlenie. W tamtym okresie robiłem dużo mody. Tęskniłem za fotografią autorską i czułem, że już jej nie dotykam. Potrzebowałem znaleźć przestrzeń, w której mógłbym znowu to robić, bo ta w której tkwiłem do końca lat 90-tych, nie była w stu procentach moją przestrzenią. Lubiłem ją, ale nie odnajdywałem się w niej do końca i stąd decyzja o ucieczce do Sudanu na dwa miesiące. Teraz myślę, że w pewnym sensie uratowało mi to życie. Później wyjeżdżałem tam wielokrotnie i jest to dla mnie bardzo ważne miejsce.

Terapią okazały się zdjęcia i to że mogłeś skupić się na fotografii autorskiej?

Nawet nie. Wszyscy wyjeżdżając w takie miejsca szukają sponsorów, ciągną za sobą kamery i dziennikarzy, żeby opowiadać o tym, gdzie dotarli i co przeżyli. Ja byłem w szczęśliwym położeniu – nie musiałem tego robić. Chciałem tam jechać ze świadomością w głowie, że niczego nie będę musiał i przez dwa miesiące będę robił tylko to, na co będę miał ochotę. Poczucie totalnej wolności było bardzo oczyszczające. Za pierwszym razem mieszkałem u archeologów. Z własnej potrzeby i wdzięczności za to, że mnie przyjęli, pomagałem im robiąc zdjęcia, ale do Sudanu nie pojechałem z myślą o fotografowaniu. Nie wiedziałem, co mnie tam spotka. Najważniejsze było zetknięcie z przestrzenią i z ludźmi, później właśnie do tego wracałem. Zdjęcia robiłem przy okazji, fotografia dokumentalna mnie nie interesowała. Przez wiele dni nie wyciągnąłem nawet aparatu z torby. Czasem pojawiałem się w miejscu, które wzbudzało jakąś energię, albo spotykałem człowieka, który wydawał się chcieć mieć zrobione zdjęcie  – wtedy wyjmowałem aparat. Zawsze pytam o pozwolenie, nigdy nie robię zdjęć bez zgody drugiej osoby. Sudan był fotograficznie ważny, ale ważniejsza była energia tego miejsca.

Opowiadałeś, że ludzie są tam szczęśliwi. Zastanawiałam się, jak potrafią odnajdywać spokój i szczęście w tak trudnym położeniu?

W sumie wszystkie podróże tam zajęły mi prawie rok. Nie mam w głowie żadnych ludzkich tragedii – przeciwnie – mam same pozytywne wspomnienia. Ci prości, biedni ludzie emanowali pozytywną energię i właśnie do tego zawsze chcę wracać i za tym tęsknię. Być może miałem szczęście, że docierałem w takie miejsca.

Jak myślisz, co tkwi u źródła ich pozytywnego podejścia do życia?

Wydaje mi się, że człowiek taki się rodzi, tylko później, w przestrzeni, w której się znajduje, w kraju, wśród ludzi którzy go otaczają – nasiąka tym, co złe. Ja trafiłem do Sudanu w 2001 roku podczas wojny domowej między Północą a Południem. Moja mama rwała sobie włosy z głowy, a ja kompletnie nie odczułem na sobie żadnych zagrożeń. Nie jest tak, że cały Sudan ogarnięty jest wojną. Są fotografowie, których ciągnie w stronę konfliktów i zła, chcą to fotografować. Ja wolę mieć na zdjęciach pięknych, uśmiechniętych, prostych ludzi, bo takich tam spotykałem i wiem, że tacy tam są. Do nich chcę wracać i na takich trafiam nie tylko w Sudanie. Wierzę w magnetyzm.

Od kilku lat spędzasz sporo czasu na Sycylii, czy można mówić o jakiejś regularności w twoim życiu?

Kompletnie nie. Nawet po dwudziestu pięciu latach pracy i jakiejś pozycji na rynku, mam świadomość, że w każdej chwili może się to skończyć. Być może mógłbym już odcinać kupony, ale przez to, że nigdzie nie bywam, nie ocieram się o nikogo, nie zabiegam o pracę, w którymś momencie ktoś może nie zgłosić się do mnie, tylko do tego, o którego się otarł. Tak funkcjonuje ten świat, nie tylko w Polsce i nie można mieć o to pretensji. Gdy tej pracy nie ma przez dłuższy okres, przychodzi refleksja nad tym, co będzie dalej i pojawia się mały stres, ale zawsze udawało mi się prześlizgiwać przez życie i wierzę, że nadal tak będzie, a jeśli nie to trudno.

Czym się wtedy zajmiesz?

Będę sadził pomidory.

A propos przysmaków – zazdroszczę żony – ekspertki od win i wypieków. Czy uciechy podniebienia są dla ciebie ważne?

Oczywiście! Uważam, że dolce vita, które Włosi wdrażają w życie, czyli celebrowanie najprostszych uciech jest bardzo ważne. Przez wiele lat było to w nas tępione, dobrze że do tego wracamy. Według mojej teorii żyjemy w czasach, w których pozbywamy się rytuałów. Jedynym jest wciskanie przycisków on i off. Pomyśl, kiedy ostatni raz słuchałaś muzyki tylko i wyłącznie dla delektowania się nią, a nie przy okazji jechania samochodem czy gotowania. To wielka rzadkość. Dla mnie istotne są najprostsze rytuały. Uwielbiam kawę z nespresso, ale z pełną świadomością zrezygnowałem z niej i codziennie rano odważam 18,6 grama kawy, mielę ją osobiście i przeciskam przez 48 sekund przez aeropres. To mój rytuał, który kocham i pielęgnuję. Mój syn się z tego śmieje, ale to kompletnie inne pokolenie. Wydaje mi się, że rytuały są bardzo ważne w naszym życiu, bo żyjemy coraz szybciej. Dzięki mojemu, mam swoje pięć minut radości o poranku.

Na każdą sesję zabierasz ze sobą czarne tło, sam zawsze masz na sobie biały long sleeve

To kolejny rytuał. Dzięki niemu nie muszę zastanawiać się rano, co na siebie założyć. Być może jest to też jakiś rodzaj manifestu, czegoś w rodzaju mundurka. Nie wyobrażam sobie, żeby miało się to zmienić. Był czas, kiedy nosiłem podkoszulki z różnymi nadrukami i one też były dla mnie charakterystyczne. Teraz oprócz białej podkoszulki z długim rękawem, dopuszczam wyłącznie białą koszulę.

Jakie są twoje wspomnienia związane z modą z młodości?

Moja mama była krawcową. Pamiętam jak mając pięć czy sześć lat, stałem nad jej głową z centymetrem. To był początek lat 70-tych. Byłem niewielkiego wzrostu, a mama uszyła mi spodnie, które miały nogawki szerokości jednej drugiej mojego wzrostu. Chciała zwęzić je chociaż o centymetr, ale walczyłem, żeby tego nie robiła. Mama ubierała mnie i siostrę i zaszczepiła w nas modę. Zawsze lubiłem się wyróżniać i mieć styl. On bardzo często się zmieniał, miewałem przeróżne okresy. Pamiętam, że byłem piętnowany z powodu wyciągniętego swetra z wielkimi rękawami, zrobionego przez mamę na drutach. Chodziłem też w szermierczych butach owiniętych taśmą, bo się rozwalały i dżinsach, które były tak powycierane, że właściwie nie składały się z dżinsu, lecz z samych łat. Później to wszystko ewoluowało i zmieniało się przez lata. Teraz z racji wieku, preferuję klasyczną elegancję.

Robisz zakupy we Włoszech?

Zdarza mi się ale unikam metek i ich eksponowania. Zawsze też wstydziłem się chodzić po ulicy z aparatem, kompletnie mnie to nie kręciło. Uwielbiam czasami wejść do ciuchlandu i kupić marynarkę za 50 zł, której później wszyscy mi zazdroszczą. Mam też do tej pory płaszcz, który kupiłem 30 lat temu i do dziś go noszę.

Identyfikowałeś się z jakimiś subkulturami?

W różnych subkulturach odnajdowałem coś inspirującego dla siebie, ale nigdy sztywno nie identyfikowałem się z żadną z nich. Jeżeli chodzi o muzykę, słuchałem zarówno klasycznej, operowej, punk rocka, Grechuty, Pink Floyd`ów, Sex Pistols… Podobnie w przypadku religii. Gdy w Sudanie pytano mnie jakiego jestem wyznania, odpowiadałem że żadnego. Z każdej religii biorę dla siebie coś, co jest mi bliskie. Zawsze starałem się być otwarty i nie przypisywać się do radykalnych nurtów. Wszelki fundamentalizm totalnie mnie odrzuca.

Ubrania są dla ciebie nośnikiem wspomnień?

Tak, chociażby ten trzydziestoletni płaszcz. Z wieloma rzeczami trudno mi się rozstać, mimo że nie da się ich już nosić. Niestety, strasznie przywiązuję się do rzeczy i jestem ogromnym śmieciarzem. Staram się z tym walczyć, ale różnie to wychodzi.

Czy jest jakaś osoba, której styl podziwiasz?

Ostatnio spotkałem się z Jacquesem Marbot – to arystokrata polskiego pochodzenia, który jest specjalistą od szampana. Za każdym razem, gdy się widzimy, czuję się jak łachmaniarz. Jego błękitną krew czuć w energii ciała, w poruszaniu się, sposobie ubierania. Nie sztuką jest kupić najdroższe ciuchy, ale sposób w jaki je nosisz powoduje, że jesteś elegancki lub nie. Za każdym razem, gdy staję przy Jacquesie po prostu więdnę. Uwielbiam jego angielsko-francusko-arystokratyczną klasykę. W takiej sam dobrze się czuję i taką mógłbym nosić.

Wracając do fotografii – kwadrat to twój ulubiony format. To też pierwotny format instagramowy. Widziałam, że masz konto w tej aplikacji, ale nie opublikowałeś jeszcze żadnego zdjęcia.

Mam pełną świadomość wagi nowych technologii i wiem, że obecnie świat właściwie się na nich opiera. Mój fanpejdż na Facebooku prowadzi mi żona, sam nie mam potrzeby posiadania prywatnego konta i dzielenia się intymnością. Zdaję sobie sprawę, że publikowanie efektów pracy jest ważne, bo jest formą reklamy, która powoduje, że do większego grona ludzi dociera to, co zrobiłem, ale dziwi mnie, że to nie publikacje moich prac, tylko zdjęcia, które zrobił mi asystent podczas sesji, czyli tak zwany backstage, mają większą liczbę wyświetleń. Jak widać – tak dziwnie skonstruowany jest ten świat. Założyłem Instagrama, ale nie potrafię go jeszcze technicznie rozgryźć. Czasami korci mnie, żeby coś wrzucić i zacząć prowadzić fotograficzny dziennik. Pewnie w którymś momencie coś opublikuję, ale z nowymi technologiami oswajam się powoli. Podobnie było w przypadku komputera i fotografii cyfrowej. Bardzo długo nie miałem aparatu cyfrowego, ale gdy pojawił się taki, który dał mi mnóstwo satysfakcji i na którym polubiłem pracować, jestem mu wierny do dziś. Komputer zastąpił mi ciemnię i kocham go, mimo że wcześniej uwielbiałem pracę w ciemni. Maluję swoje obrazy w komputerze, który traktuję jako narzędzie – pędzel. To jak go wykorzystuję zależy ode mnie. Staram się używać go w taki sposób, żebym mieć największy wpływ na efekt. Nie korzystam nadmiernie z tego co zrobił programista, nie używam gotowych filtrów. Aparat nie zrobi zdjęcia za człowieka. Najważniejszym aparatem jest nasza głowa.

Fotografujesz przy użyciu telefonu?

Zdarza mi się. Telefony są coraz lepsze i można już coś zrobić z obrazami, które powstają przy ich użyciu, ale mimo wszystko, precyzja z jaką mogę mieć wpływ na obraz z aparatu jest nieporównywalnie większa wobec tego, co mogę wycisnąć ze zdjęcia z telefonu. W podróży używam aparatu. Telefonem dokumentuję np. etykietki wina albo przestrzenie. Raczej nie upamiętniam sytuacji. Mierzi mnie las rąk z telefonami w różnych miejscach. Mam wrażenie, że ludzie nie wracają już później do tych zdjęć. To fascynujące, że ważny dla nich jest sam moment naciśnięcia spustu migawki. Większość nie myśli o tym, żeby zachować ten obraz w głowie i żeby został w nich. Mój syn podarował mi kiedyś aparat z klocków Lego, mówiąc, żebym na każdej sesji robił nim jedno zdjęcie, które zostanie w mojej głowie. Osobiście świat staram się rejestrować bardziej głową, niż techniką.

Fotograf-celebryta – co przychodzi ci do głowy?

To indywidualny wybór – czy komuś zależy na tym, żeby być celebrytą. Jeżeli fotograf chce zostać celebrytą, musi chyba sam o to zabiegać. Spróbuj znaleźć w Internecie współczesne zdjęcie Stevena Meisela – nie ma. To jest dla mnie wielki fotograf, a nie ten, który szlaja się po imprezach i staje na ściankach. Gdy widzę ściankę, odwracam się i wychodzę. W ogóle mnie to nie interesuje.

Śledzisz to, co robią młodzi fotografowie?

Tak, teraz mnóstwo ludzi fotografuje. Niektórzy zgłaszają się do mnie, żeby pokazać swoje portfolio. Nie jest tak, że każdy, kto kupi dobry aparat i będzie robił dobre zdjęcia, zostanie wybitnym fotografem. Uważam, że z ,,tym” trzeba się urodzić. Oczywiście, później liczy się praca, szczęście, mistrz, ale jeżeli nie urodzimy się z ,,tym czymś”, to mimo największej pracy, zawsze będzie czegoś brakowało, a jeśli się z ,,tym” urodzimy, wystarczy, że sfotografujemy cokolwiek, a energia w tym będzie niepodrabialna.

Których fotografów cenisz?

Uważam, że Tomek Wysocki zawojuje świat, bo robi wybitne rzeczy. Ze średniego pokolenia bardzo lubię Pawła Fabjańskiego – to jedyny fotograf, którego sesje modowe pamiętam sprzed 10-15 lat. Na tych zdjęciach nie ma tylko ładnej pani na ładnym tle, bo takie może zrobić każdy, ale jest w nich opowieść o nim i o świecie, który jest w jego głowie. Lubię Jacka Kołodziejskiego, Zuza Krajewska robi super rzeczy i ma swój styl. Jest też coś rozpoznawalnego w prostych, komercyjnych zdjęciach Mateusza Stankiewicza. Nie sztuką jest podrapać zdjęcie, żeby było rozpoznawalne po tych podrapaniach, ale sztuką jest zrobić najprostsze zdjęcie, którego energia będzie w stanie ci powiedzieć, kto je zrobił. Żeby taka energia pojawiła się na zdjęciu, trzeba się z nią urodzić i mieć ją w sobie, a jeżeli się jej nie ma, trzeba drapać zdjęcia.

Czy uważasz, że powinien nadejść moment, w którym fotograf powinien przestać pracować zawodowo?

Myślę, że dobrze kiedy przychodzi refleksja nad tym. Sam się zastanawiam, czy nadejdzie moment, w którym powiem dosyć. Patrząc na twórców, którzy do końca życia pracują – pod koniec jednym to wychodzi, innym nie. Trudno podjąć taką decyzję, kiedy ma się siłę tworzyć dalej. Długo myślałem, że do końca życia będę robił zdjęcia, a teraz wydaje mi się, że gdybym mógł przestać pracować komercyjnie, to bym to zrobił. Fotografowałbym oczywiście dla siebie, ale chciałbym żeby we właściwym momencie w mojej głowie pojawiła się myśl, że powinienem już przestać. Nie chcę dożyć momentu, w którym na siłę będę robił zdjęcia, w których nie będzie już tej energii, która była wcześniej. O tym myślę i tego się boję.

Wywiad ukazał się również na stronie autorki www.vanderblaast.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *